Jeszcze wcale nie tak dawno temu osoby może nie otyłe, ale wyraźnie zaokrąglone były uważane za zdrowsze niż pozostałe. Chudość kojarzyła się z niedożywieniem i biedą – oznaczała, że kogoś po prostu nie stać na dawkę kalorii odpowiednio dużą, by zapewnić sobie komfortową ilość tkanki tłuszczowej. Często także wywoływała skojarzenia z poważnymi chorobami, takimi jak gruźlica, którą nawet nazywano suchotami – bo gruźlicy z czasem „usychali”, stając się coraz chudsi.

Mówiąc krótko: przez większą część historii bycie chudym uważano za znacznie większy problem niż bycie grubym. Wszystko zmieniło się wraz z industrializacją procesu produkcji żywności. Jedzenie, zwłaszcza to wysokokaloryczne, stało się nie tylko powszechnie dostępne, ale także tańsze niż kiedykolwiek: żyjemy przecież w pierwszym w historii okresie, w którym nawet osobę o stosunkowo niskich zarobkach stać na to, by codziennie jeść mięso. Nie mogło to pozostać bez wpływu na wagę statystycznego człowieka – i rzeczywiście nie pozostało.

BMI wymyślili… ubezpieczyciele?

Kiedy właściciele amerykańskich zakładów ubezpieczeniowych zauważyli, że ich klienci o wadze wyższej niż przeciętna statystycznie umierają zauważalnie częściej niż ci o typowej wadze, dostrzegli w tym okazję do zarobku. Przecież w takim razie można podnieść im składkę! Aby nie mierzyć wagi potencjalnych ubezpieczonych arbitralnie, potrzebny był system obiektywnego (czy aby na pewno?) mierzenia tkanki tłuszczowej. Sięgnęli więc po ten, który w pierwszej połowie XIX wieku opracował Belg, Adolphe Quetelet. Jego pomysł, Body Mass Index czyli BMI, był genialny w swojej prostocie: wystarczyło po prostu podzielić wagę danej osoby (w kilogramach) przez jej wzrost (w metrach) podniesiony do kwadratu, by zakwalifikować ją do jednej z czterech kategorii: niedowaga, normalna waga, nadwaga i otyłość. Co interesujące, podział ten dosłownie przez półtora wieku funkcjonował wyłącznie w świecie statystyki (i ubezpieczeń!), a przez środowisko medyczne przyjęty został zaledwie niecałe czterdzieści lat temu.

Grupy wagowe według wskaźnika BMI. Kolor czerwony oznacza nadwagę, jasnozielony - niedowagę. Fotolia.com | #134505603 | Autor: timyee
Grupy wagowe według wskaźnika BMI. Kolor czerwony oznacza nadwagę, jasnozielony – niedowagę. Zdjęcie: Fotolia.com | #134505603 | Autor: timyee

BMI prawdę ci powie?

Współcześnie BMI jest najpowszechniej stosowanym systemem oceny nie tylko wagi, ale także stanu zdrowia: „za niskie”, tak samo jak „za wysokie” (z naciskiem, oczywiście, na tę drugą wartość), uznawane jest za objaw złego stanu zdrowia albo predyspozycję do rozmaitych schorzeń. Problem w tym, że, według badań, BMI o określonej wartości nie tylko nie musi oznaczać zwiększonego ryzyka zachorowania, ale nierzadko wręcz… może być związane z jego zmniejszeniem. Przeprowadzona kilka lat temu metaanaliza danych wykazała, że osoby, których BMI wskazuje na nadwagę, umierają o 6% rzadziej niż ci z „normalnym” BMI. Zależność ta jeszcze się wzmacniała, gdy pod uwagę brano tylko osoby w średnim i starszym wieku. A zatem zależność między BMI i stanem zdrowia to bzdura? Nie do końca!

Nie taki zły wskaźnik

Wbrew pozorom nie należy z góry skreślać wskazań BMI. Choć nie jest idealnym wskaźnikiem, jest jednym z narzędzi przydatnych w ocenie stanu zdrowia. Obecnie szybko zyskuje na popularności sposób polegający na zmierzeniu stosunku obwodu talii do obwodu bioder: im jest on wyższy, tym większe prawdopodobieństwo istnienia bardzo szkodliwego tłuszczu brzusznego, czyli tego, który realnie szkodzi działaniu kluczowych narządów wewnętrznych. Jeszcze lepszym sposobem oszacowania stanu zdrowia jest nie pobieranie pomiarów, lecz wywiad polegający na określeniu, jak aktywna fizycznie jest dana osoba: wiele badań sugeruje bowiem, że, ogólnie rzecz biorąc, lepiej być aktywną osobą z nadwagą niż zupełnie niewysportowanym chudzielcem. Wniosek? Zamiast obsesyjnie skupiać się na liczbach, lepiej wyjść na szybką przebieżkę albo zafundować sobie karnet na siłownię…